
Od święta to od święta, ale liczyłem, że zdążę z nowym podcastem na Wielkanoc. Tak się jednak nie stało, ale może to i dobrze, bo będzie on dotyczył bliższej i dalszej historii hollywoodzkiej kinematografii i związanej z nią muzyki filmowej. Zamiast tego coś na czasie. Soundtrack minionego miesiąca, który swym wyrazem przynajmniej częściowo oddaje wzniosłość świąt Zmartwychwstania, stanowi idealne tło dźwiękowe dla trwającej właśnie misji Artemis II, a tak naprawdę powstał do filmu, który swą premierę miał parę tygodni temu.
To muzyka nocy, ale nie ze względu na to, że bije od niej mrok i groza, ale przez to, że choć rozgrywa się w ciemności, rodzi się z niej światło. Ma w sobie wiele z powagi brzmienia zawartego w „Interstellar”, ale i luzu, muzycznej zabawy z „Marsjanina”. Być może nie znajdziemy w niej zbytniej „oryginalności” i eksperymentów na miarę gardłowej wokalizy samego kompozytora z „Króla Artura: legendy miecza”, ale i tak sporo w niej charakteru Daniela Pembertona, jego niezwykłej „rockowej” energii, jaką wnosi do swoich prac (posłuchajcie mojego ulubionego „Time Go Fishing”).
„Projekt Hail Mary” to ścieżka na wskroś kosmiczna, nie może być inaczej, ale z uwagi na wykorzystanie jako elementu dominującego głosów ludzkich, sposób poprowadzenia tychże chórów dotyka też czegoś jeszcze bardziej wzniosłego, absolutnego, wręcz świętego.
Poczujecie, jakbyście się wznosili, z każdym taktem coraz wyżej i wyżej. Na bliskim horyzoncie migocą światła czerwone, żółte i pomarańczowe, a ponad nimi ciemne, burzowe chmury i… zachodzące słońce. Ale jakoś dziwnie, inaczej niż zazwyczaj, bo zamiast chować się w ciemności, wchodzić w dół, ono przebija się ku górze. Jakby właśnie wstawało, wschodziło, a przecież jest już ciemno, prawie noc. Tak przynajmniej niektórzy myślą.
Alleluja!